Wy jesteście świadkami Prawdy

III Niedziela WIelkanocna (B)

Dz 3, 13-15. 17-19
1 J 2, 1-5
Łk 24, 35-48

O tym, jak trudno uczciwie i pokojowo powiedzieć prawdę drugiemu człowiekowi, przekonał się chyba każdy. Prawda, zgodnie z tym, co mówił sam Jezus, jest jak ogień rzucony na ziemię: w obliczu Prawdy ojciec powstaje przeciw synowi, a córka przeciw matce… Widocznie nie da się inaczej. Prawda zawsze prowokuje, często budzi sprzeciw, niekiedy spotyka się z nienawiścią. Trzeba wielkiej pokory (własnej otwartości na Prawdę i ukorzenia się przed Prawdą), aby głosić Prawdę. Trzeba miłości do osoby, której mówi się Prawdę – aby nie był to tylko atak z pozycji wyższości czy gorzki, deprecjonujący wyrzut, i aby nie wywołać w kimś niepotrzebnego poczucia zagrożenia.

Jeszcze trudniej samemu konsekwentnie żyć Prawdą, przyjmując ze spokojem i z nadzieją wszystkie wymagania oraz następstwa tego faktu, że „dążenie do tego, co w górze, a nie do tego, co na ziemi” czyni ze mnie jakiegoś odmieńca. Nie inaczej było z chrześcijanami pierwszych wieków, nie inaczej było ze św. Franciszkiem, nie inaczej ze św. Janem Pawłem II. Nie inaczej jest z każdym z nas. Zwłaszcza gdy chodzi w sutannie czy w habicie.
Zwłaszcza gdy za odmieńca mogą uważać zakonnika czy księdza inni ubrani tak samo, choć w dyskusji uzasadnić tego jakoś nie potrafią. Przykłady? Św. Franciszek, św. Jan od Krzyża, św. Józef z Kupertynu, , św. Maksymilian, św. Faustyna, św. o. Pio… Może to w ogóle jakaś reguła? Może zakony i stan duchowny wcale nie są środowiskiem zbawienia – a raczej: wcale nie są domem i umocnieniem dla poszukujących Prawdy, „gdzie mieszkają razem bracia”?…

* * *

Ceną za trzymanie się Prawdy bywa ostracyzm, wykluczenie, opresja, robienie z kogoś skończonego idioty; doświadczenie psychicznego znęcania się, pogardy, rzucania kłód pod nogi (dodaj tu wszystko, co sam/a/ przeżywasz) – a więc różne postacie ŚMIERCI.
Włącznie ze śmiercią fizyczną w skrajnych przypadkach. Naszych braci i siostry na Bliskim Wschodzie wyrzyna się.

Inaczej nie będzie. Skoro naszego Mistrza prześladowano za Prawdę, to i nas. Dlatego świadkowie (μάρτυρες) znaczy również tyle, co męczennicy. Bądź więc gotów. Bądź gotowa.
Bierz przykład z Piotra Apostoła, który mówi mordercom, że zamordowali Chrystusa – i okazuje miłosierne współczucie, bo uczynili to w nieświadomości. I pamiętaj, że Piotr także zwędrował na krzyż.

Boże, dopomóż.

* * *

„Wy jesteście świadkami tego” – tzn. świadkami Prawdy.
Niech więc będzie Prawdą to, że nie pokładamy nadziei w populizmie, pochlebnych opiniach, karierach, poczuciu wyższości.
Niech więc będzie Prawdą to, że dążymy do tego, co w górze, a nie do tego, co na ziemi.

Najpierw żyjmy Prawdą, w pokorze wobec Prawdy. I głośmy Prawdę z miłością i z miłości. Bo Prawdą jest Chrystus, Prawdą jest Bóg sprawiedliwy w miłosierdziu, Prawdą jest wielkość osoby ludzkiej w Chrystusie.

Miłosierny Pan i Łaskawy

II Niedziela Wielkanocna – Niedziela Miłosierdzia Bożego

Dz 4, 32-35
1 J 5, 1-6
J 20,19-31

Na znanym obrazie Rembrandta „Powrót syna marnotrawnego” da się zauważyć, że ojciec tuli syna dłońmi, z których jedna wygląda na dłoń ojca, zaś druga – na dłoń matki. Chociaż w Objawieniu Bóg przedstawia siebie jako Ojca, okazuje nam swoją miłość – w naszym rozumieniu – i na sposób ojcowski, i na sposób matczyny.

Etymologia starotestamentalnego hebrajskiego określenia, które w naszym języku tłumaczymy jako „miłosierdzie”, wskazuje na związek z… matczynym łonem. Obraz Boga Miłosiernego ma kojarzyć się więc z Tym, Który nas nosi w Sobie samym, otula nas Sobą, tak jak matka otula i chroni swoje nienarodzone jeszcze i bezbronne dziecko.

Miłosierdzie Boga nie istnieje jednak w oderwaniu od innych Jego imion. Osoba Boga łączy w sobie i miłosierdzie, i sprawiedliwość; i serdeczne zmiłowanie, i wymaganie stawiane osobie ludzkiej.

Czytaj dalej

Powstać z martwych

Jeśliście więc razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus zasiadając po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi. Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu. Gdy się ukaże Chrystus, nasze życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale.

Kol 3, 1-4

Przeczucia ludu wybranego, wierzenia, dość niejasne i spętane potocznością, codziennością.
Coś TAM chyba jest. Jakieś „miejsce”, jakiś stan… „duszy”, bo TAM nie ma już zwyczajnego ciała. Jakaś kraina. Snują się po niej cienie, bo TAM nie ma już przecież zwyczajnego życia. Cienie doznają spoczynku, śnią, snują się bez trosk i bez żywej radości zarazem.
Dla sprawiedliwych za życia – Bóg, bliższy niż za życia, lecz czym może być bliskość Boga dla cieni?…
Cienie, bez prawdziwego życia, bez prawdziwej śmierci. W oczekiwaniu na coś, albo i bez oczekiwania na nic.
Przynajmniej półtora wieku przez narodzeniem Chrystusa pojawia się wiara w zmartwychwstanie. Wyznają ją m.in. faryzeusze; kpią z niej saduceusze.

Aż wreszcie On zstępuje do Otchłani i wyprowadza z niej tych, co mieszkali w mroku i cieniu śmierci. Powstaje z martwych jako pierwszy spośród umarłych.
Wyobrażenia o przyszłym i ostatecznym stanie człowieka nabierają kształtu, spójności, życia i światła. Wciąż tajemnicze i niewyrażalne codziennym językiem, wciąż okryte zasłoną Misterium. Ale wiadomo już, że TAM jest życie, kipiące radością i szczęściem; życie prawdziwe, właściwe, przy którym codzienne TU staje się cieniem – a nie odwrotnie!

Czytaj dalej

Ludu kapłański, ludu królewski!

On jest Tym, który nas wywiódł z niewoli na wolność, z ciemności do światła, ze śmierci do życia, spod władzy tyrana do wiecznego królestwa i uczynił nas nowym kapłaństwem oraz ludem wybranym na wieki. On jest Paschą naszego zbawienia.
To On w wielu musiał znosić wiele. W Ablu został zabity, w Izaaku związano Mu nogi, w Jakubie przebywał na obczyźnie, w Józefie został sprzedany, w Mojżeszu podrzucony, w baranku paschalnym zabity, w Dawidzie prześladowany, w prorokach zelżony.

Z homilli paschalnej Melitona z Sardes

Czcigodni Diakoni, Prezbiterzy i Biskupi!

Bóg Jedyny wezwał Was, byście byli na wzór obrazu Jego Syna; co więcej: byście byli wśród nas jak alter Christus. Kiedy więc przemawiacie, niech sam Duch przemawia; kiedy chrzcicie, niech sam Chrystus chrzci; kiedy celebrujecie Eucharystię, sami składajcie siebie w Ofierze. Żyjecie już nie Wy, ale żyje w Was Chrystus.

Życzę Wam dziś w Wielki Czwartek, aby nie zabrakło Wam nigdy poczucia pokornej służby Komuś, Kto większy jest od każdego z Was, i tej świadomości, że to przez Was ma dokonywać się przejście człowieka z ciemności do Światła.

Tego od Was oczekujemy i tego wymagamy. Nie zapominajcie, że wszystko inne to proch i pył. Wy jesteście Światłem świata i solą ziemi, a jeśli sól utraci swój smak, nada się tylko na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.

Bóg niech Wam błogosławi, aby całe Wasze życie było Hostią, przemienianą w Święte Ciało Chrystusa!

III niedziela Wielkiego Postu: ja, syn człowieczy

I czytanie: 2 Krn 36, 14-16. 19-23
II czytanie: Ef 2, 4-10
Ewangelia: J 3, 14-21

Słowo Boże to miecz obosieczny.
Obnaża błędy i obłędy, pokazuje nieprawość (mysterium iniquitatis) pogubionej w materializmie i konsumpcjonizmie ludzkości, demaskuje duchowe pierwiastki Zła.
Ale i obnaża nasze własne duchowe ułomności, słabość, niewiedzę, zarozumialstwo i faryzeizm, ciągle lęgnące się w człowieku, choćby chciał iść za Chrystusem – a może właśnie zwłaszcza wtedy, gdy chce iść za Chrystusem.
Kto mieczem wojuje, od miecza ginie – kto tnie mieczem Słowa Bożego, ten musi też zdawać cięcia własnym grzechom, wadom, własnemu faryzejstwu. Żaden z nas nie jest ponad Słowem Bożym.
Ostrze Słowa Bożego nie jest wymierzone tylko w jakichś „onych”. Ostrze Słowa Bożego jest skierowane także w nasze wnętrze, by napominać, przypominać, ostrzegać, korygować.

Moc Słowa Pańskiego bierze się m.in. z tego, że mówiąc o faktach historycznych, mówi też o rzeczywistości metahistorycznej. Duch Święty aktualizuje i uobecnia historię: wypełnia się ona w każdym pokoleniu, w każdej osobie. Konkretne wydarzenia z ksiąg biblijnych są i faktami, i archetypami późniejszych historii: historia upadku Judy i niewoli babilońskiej, a potem powrotu do ojczyzny po dekrecie Cyrusa, jest i naszą historią. Jest ostrzeżeniem dla nas. Jest nadzieją dla nas. Dla mnie. Dziś, tutaj.
Również historia rozmowy Nikodema i Jezusa – swoiste konsultacje Chrystusa z wykształconym przecież, a jednak ciągle zbyt mało pojętnym uczniem – jest i naszą historią. Historią naszego uczenia się Jezusa, pełnego ambitnych wymagań i trudu. Historią naszego poznawania Tajemnicy Sacrum.

* * *

W czytaniu z Drugiej Księgi Kronik słyszymy o duchowej degeneracji mieszkańców królestwa Judy w VI w. przed Chrystusem. Degeneracji zaczynającej się na szczytach władzy i hierarchii, ogarniającej cały naród. Oto „naczelnicy Judy, kapłani i lud mnożą nieprawości, naśladując wszelkie obrzydliwości narodów pogańskich i bezczeszcząc świątynię, którą Pan poświęcił w Jerozolimie.” Juda stacza się w pogaństwo i w cynizm: drwi z napomnień, wyśmiewa proroków. Odrodzenie normalnej obyczajowości i kultury tego narodu staje się już niemożliwością; jak pisze Autor: „nie było ocalenia”. Cóż się wówczas dzieje? Państwo w ówczesnym kształcie przestaje istnieć, podbite przez imperium babilońskie. Ludność zostaje uprowadzona w niewolę podczas trzech przesiedleń. Ziemia Judy pustoszeje, według słów proroka Jeremiasza, „dopóki kraj nie wywiąże się ze swych szabatów”.
Nadzieja na odrodzenie narodu nastaje wraz z panowaniem Cyrusa Perskiego (559-529 a. Chr.), twórcy potęgi Persji. Cyrus w 538 r. wydaje dekret, na mocy którego lud Judy powraca do Jerozolimy, aby odbudować świątynię i oddawać cześć Bogu.

Przypominają się słowa Jezusa, wypowiedziane po zawaleniu się wieży w Siloam: «Myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie» (Łk 13, 4-5).
Czy opis z Księgi Kronik nie pasuje do naszej cywilizacji, naszego Kościoła zdradzanego przez dostojników i kapłanów, naszych zakonów i rodzin? Myślimy, że Judejczycy byli większymi zdrajcami wiary, niż niektórzy nasi hierarchowie, kapłani; niż my sami? Bynajmniej. JEŚLI NIE WYWIĄŻEMY SIĘ ZE SWOICH SZABATÓW, TAK SAMO ZGINIEMY. Zawali się na nas jakaś wieża w Siloe. I pogrzebie nas, konformistów i tchórzy, którzy wstydzimy się własnej wiary i kładziemy uszy, gdy tylko jakiś pajac wypowie słowo „obciach”. Nas, którzy pozwalamy niszczyć naszą Tradycję, Kulturę, człowieczeństwo, naszą tożsamość. Którzy stajemy się pospolitymi poganami.
Czy opis z Księgi Kronik nie stanowi wezwania do tego, aby się ambitnie przyjrzeć własnej konsekracji wynikającej z chrztu? Życie chrześcijańskie ma być trudem ciągłego rozwoju, życiem w Bogu, a staje się kolektywną, towarzyską, rutyną – stacza się w hedonizm, populistyczne ogłupienie, w narkomanię lajków i subskrypcji, w płyciznę mediów społecznościowych. Jeśli nie ma już ratunku, znajdziemy się na wygnaniu, wśród cudzej obyczajowości i pod cudzym pręgierzem.
Dobrze nam tak, psiakrew…
Może wtedy coś zrozumiemy i ogarniemy tępymi głowami – jako Kościół, jako rodziny, jako zakony. Może wtedy dopiero zjawi się jakiś Cyrus i pomoże przetrwać gdzieś tej Wierze i Kulturze, która stanowi podstawę dojrzałej cywilizacji.

* * *

Ewangelia

W sferze symboliki Bożej obecna jest pewna dwoistość, ambiwalentność: te same rzeczywistości mogą oznaczać raz coś pozytywnego, a innym razem coś pejoratywnego (ogień – Duch Święty / wieczne potępienie; woda – ocalenie, oczyszczenie / zguba i domena Zła; lew – zwycięski Lew Judy / Zło ryczące i krążące wokół człowieka).
Skąd taka dwoistość?
W myśl nauki chrześcijańskiej nie istnieje nic, co zostałoby stworzone jako złe z natury (metafizycznie złe). Rzeczywistość została nam dana i zadana, a po skażeniu jej naszym grzechem możemy ją napełnić (na powrót) Bogiem i uczynić z niej znów Sacrum, albo też systematycznie wydrzeć Bogu, uczynić z niej profanum i manipulować nią dla własnych celów: kariery, awansu, zakłamanego PR-u, megalomanii. Możemy ją albo oddać Dobru, albo Złu.


Wydawałoby się, że niektóre symbole są mimo to jednoznacznie pejoratywne: np. wąż, który natychmiast kojarzy się z pierworodnym grzechem ludzkości. Tymczasem nawet ten symbol, jak przypomina dzisiejsza Ewangelia, posiada swoją pozytywną konotację w postaci miedzianego węża wywyższonego przez Mojżesza, dla ocalenia Izraelitów od śmierci po ukąszeniu przez jadowite gady.
Wąż wywyższony przez Mojżesza wskazuje na Syna Człowieczego, który przynosi życie wieczne. Chrystus wywyższony na krzyżu staje się właściwym Znakiem Ocalenia. Syn Człowieczy!
Człowieczeństwo Chrystusa jawi się jako znak zbawienia i droga do Boga. I jak w symbolu węża odnaleźć można wspomnianą ambiwalencję, tak też w tym drugim symbolu i znaku też tkwi pewna dwoistość: wielkości i słabości człowieczeństwa. Człowieczeństwo Chrystusa jest „nośnikiem” zarówno banalności, jak i Namaszczenia; zarówno winy (On wziął na Siebie nasze winy), jak i Czystego Baranka; zarówno słabości i cierpienia, jak i Bożej mocy.

Ostrożnie więc z człowieczeństwem!
Człowieczeństwo, ułomne i słabe, gdy zostaje potraktowane wulgarnie, zostaje zredukowane i spłycone do poziomu ścieku. Staje się obiektem pogardy, drwiny i cynizmu. Wszelka wulgarność tak właśnie działa: sprowadza człowieczeństwo do czynności fizjologicznych, do fragmentów ciała, do wizerunku kompletnej degeneracji. Tak się dzieje wtedy, gdy traktuje się człowieka nie jak osobę, ale jak zwierzę – behawioralnie, manipulacyjnie, kolektywnie, „socjologicznie”.
Wszędzie dziś pełno takich „geniuszy humanizmu”. I na ulicach (co za męka: przejść się na spacer wśród tej hołoty), i – co gorsza – wśród pajaców w roli polityków i celebrytów. Miej świadomość, że kiedy ich słyszysz, doświadczasz zrównania człowieka ze stadem świń.

Człowieczeństwo potraktowane z szacunkiem, personalistycznie, w kontekście etyki i Kultury, ukazuje swoje właściwe oblicze: godność, pokłady szlachetności, zdolność do ambitnego rozwoju osobowego, kształtowania ku Pięknu, Wiedzy i Dobru, dorastania do pełni, zdolność do herozimu i poświęcenia.
Takie człowieczeństwo jest człowieczeństwem Chrystusa. Takie człowieczeństwo jest drogą do Boga – dlatego św. Franciszek z Asyżu tak ukochał Chrystusa w Jego człowieczeństwie.

W świetle tak pojętego człowieczeństwa zwykła, szara codzienność, przeżywana w Duchu, staje się przestrzenią Sacrum. Codzienny trud zmagań „szarego” człowieka z trudami życia nie jest nieważny! Szlachetność człowieczeństwa nie kończy się na rytualnym oddaniu Bogu tego, co Boskie. CAŁE życie ma być drogą Miłości w Chrystusie.
Nie ma żadnej wartości to, ile zarabiasz, ilu pajaców ci zazdrości, ilu pajacom mówisz to, co chcą usłyszeć, ilu pajaców daje ci „lajki” i karmi twój egocentryzm, ilu pajaców śledzi populistyczne wpisy. Nie ma żadnej wartości to, że się dochrapałeś stanowiska i to, iloma ludźmi manipulujesz i pomiatasz. Żadnej. Taka aksjologia obchodzi osoby chronicznie niedorosłe, niedorozwinięte emocjonalnie i duchowo, tworzące „nową”, infantylną pseudocywilizację.
Jedyną Wartością jest tylko i wyłącznie poziom twojego człowieczeństwa – w porównaniu z poziomem Jezusa Chrystusa.

Umiłowanie tego, co wciąż wielkie i szlachetne w człowieku, było pasją św. Jana Pawła II.

* * *

Jak ocalić swoje człowieczeństwo?
MIŁOŚĆ TEGO, CO DOBRE, MUSI BYĆ WIĘKSZA, NIŻ NIENAWIŚĆ I POGARDA DLA ZŁA.
Inaczej nic nie powstanie, nic się nie przemieni. Inaczej będziemy tylko psioczyć i karmić się wstrętem do degeneratów, a człowieczeństwo nasze będzie wciąż głodować. Nie znajdziemy w ten sposób inspiracji do szukania i tworzenia Piękna, Wiedzy, Dobra. Nie znajdziemy w ten sposób motywacji do czytania literatury, do prowadzenia rozmów, do kontemplacji Sztuki, do tworzenia muzyki i wsłuchiwania się w Muzykę mistrzów. Nie znajdziemy w ten sposób ducha modlitwy – ducha dziękczynienia i uwielbienia.
Jeśli miłość do pięknej strony człowieczeństwa nie będzie większa, niż nienawiść do upadku, nie będziemy naśladować Chrystusa w Nowym Stwarzaniu, w Zmartwychwstaniu, w BYCIU CZŁOWIEKIEM.

TYLKO MIŁOŚĆ JEST TWÓRCZA. (św. Maksymilian Kolbe)
Kochajmy więc prawdziwe Człowieczeństwo.

Indywidualizm – „zapluty karzeł reakcji”?

(esej)

Pęd ku ideom marksistowskim widoczny jest w wielu sferach dzisiejszej „cywilizacji”. Opanował nawet, co też już nie jest żadną tajemnicą, niektóre środowiska watykańskie i zakony. Tak, tak, nasz franciszkański – też. Widać to choćby w ogólnym klimacie i sformułowaniach nowych konstytucji, które uchwalono pod przewodnią rolą włoskich „komunistów” zakonnych. Jednym z głównych elementów tej opcji stało się piętnowanie indywidualizmu oraz kolektywne lekarstwo na postępującą degenerację.

Indywidualizm został zdefiniowany jako stawianie własnych interesów ponad dobrem innych ludzi, w szczególności ponad dobrem społecznym, grupowym, wspólnotowym. Jako taki, indywidualizm musi być skazany na infamię.

Indywidualizm jako jedna ze skrajności ma plasować się na antypodach kolektywizmu (mnie raczej nauczono, że przeciwieństwem kolektywizmu jest nihilistyczny LIBERALIZM). Pomiędzy tymi biegunami ma znajdować się personalizm. Indywidualizm, podobnie zresztą jak i nacjonalizm, został obarczony z założenia egoizmem, niezdolnością do odnajdowania się w grupie, alienacją, stawianiem własnego interesu ponad wszystko inne. W oczywisty sposób spadek ten dziedziczy każdy semantyczny krewny: już samo pojęcie indywidualności obsmarowane jest błotem paskudnego indywidualizmu. 

A jednak pojęcia należące do tej werbalnej familii zawierają pewną doniosłą treść, o której należałoby pamiętać przed pospiesznym spaleniem na stosie wszystkiego, co „indywidualne”. Czytaj dalej

Niedziela Zmartwychwstania – ujrzeć i uwierzyć

Można zauważyć, że dziś podczas Eucharystii wszystkie czytania, nawet pierwsze, zaczerpnięte są z Nowego Testamentu. I można się trochę zdziwić: czyżby Stary Testament nie zapowiadał zmartwychwstania i chwały Mesjasza? A owszem, owszem – tyle, że mieliśmy przedtem do czynienia z metaforami; z obrazami, które dopiero w fakcie Zmartwychwstania Chrystusa zyskały właściwą wymowę. Nawet uczniowie nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych (J 20, 9).
Słyszmy więc dziś nie zapowiedzi prorockie, ale kerygmat św. Piotra oraz krótką refleksję św. Pawła o konsekwencjach Zmartwychwstania w życiu każdego z nas.

Bo, jak rzekł Zasiadający na tronie, właśnie uczynił On wszystko NOWE (Ap 21, 5). Czytaj dalej

Wielki Piątek, Wielka Sobota: piękno Świętego Krzyża

Przed godziną, ocieniony spowijającą wieczór ciszą, uczestniczyłem w liturgii Męki Pańskiej na Watykanie. „Uczestniczyłem”, jak wielu z nas, duchowo, chłonąc wszystko to, co widziałem na ekranie i co dobiegało z głośników. W naszej małej domowej kaplicy zakonnej nie ma warunków do sprawowania wielkopiątkowej liturgii. Odmówiliśmy więc wspólnie z Maćkiem Oficjum i skupiliśmy się na przeżyciu Wielkiego Piątku razem z papieżem, w pustej niemal, cierpiącej bazylice św. Piotra.

Mimo tej przestronnej pustki liturgia wydawała mi się nawet dziwnie… właściwsza. Brak tłumu i tej atmosfery towarzyszącej publicznym pokazom sprawił, że celebracja nabrała jakiegoś nowego wymiaru, nowej głębi. Nie miała w sobie nic z pośpiechu, nic z teatralności wymuszonej setkami zgromadzonych widzów, nic z płytkiego populizmu. Zjawiło się bardziej substancjalne, wyczuwalne i czytelne Sacrum. Czytaj dalej

O pochodzeniu koronawirusa SARS-CoV-2 (na spokojnie)

„”/

Na temat tego, skąd się wziął SARS-CoV-2, który wywołał obecną pandemię, stworzono już całe teorie spiskowe. Rzecz jasna, ich bezrefleksyjne rozpowszechnianie, w połączeniu z sączeniem paniki w mediach i brakiem rzetelnej informacji, nie dodaje nikomu ani krzty rozsądku. Nie wzmacnia też Wiary, Nadziei i Miłości, tak potrzebnych do głębszego przeżycia Wielkiego Tygodnia. A przecież „po katolicku” znaczy: „z wiarą i z rozumem”.

Witold Gadowski, którego cenię za rzetelność, wyważenie i ogólną kulturę (przy nim wielu „dziennikarzy” to żenada i pusty śmiech), w swoim „Komentarzu tygodnia” z 25 marca wyraża przekonanie, że zabójczy wirus SARS-CoV-2 został celowo „zmontowany” przez naukowców i wydostał się z laboratorium. Przekonanie to opiera pan Witold na opinii naukowców, z którymi rozmawiał (https://www.youtube.com/watch?v=b5xlL-C53f8).

Istnieje jednak szereg publikacji naukowych, które skłaniają się ku innej tezie. Jak w każdym sporze, warto znać argumenty za i przeciw. Postanowiłem więc udostępnić Czytelnikom własną kompilację kilku artykułów naukowych, traktujących o SARS-CoV-2 w sposób wyważony, rzetelny, analityczny i – mam nadzieję – nie mniej interesujący (choć z pewnością wymagający). Czytaj dalej

Wielki Czwartek – garść myśli

Dzień, w którym Jezus Chrystus obchodzi z uczniami ostatnią Paschę przed swoją śmiercią, rozpoczyna serię wydarzeń prowadzących do… Zmartwychwstania.
Tak, do Zmartwychwstania – bo horyzontem dla przeżycia tych dramatycznych świąt pozostaje i musi pozostawać Zmartwychwstanie.

Podobnie, jak dziś, w okresie szoku i obawy, horyzontem moralnym dla każdego normalnego, wierzącego człowieka niezmiennie pozostaje normalna postawa wobec siebie i drugiego człowieka, pełna Boga, szacunku i miłości. Nie jakiejś ckliwej żałości czy spiskowych obsesji, a twardej i wymagającej miłości. Czytaj dalej